Wyższe Seminarium DuchowneDiecezji Świdnickiej

pl. Wojska Polskiego 2
58-100 Świdnica
tel. (74) 85 64 900
link Linki    link Kontakt

Święty Wojciech

Biskup Ignacy Dec, pasterz naszej diecezji, za patrona seminarium obrał św. Wojciecha, biskupa i męczennika. Tak scharakteryzował jego postać w czasie homilii z okazji uroczystości odpustowej w naszym domu: "Podejmując refleksję nad powołaniem kapłańskim chętnie przyglądamy się wzorowym kapłanom i biskupom jako Dobrym Pasterzom. Mamy dzisiaj okazję by popatrzeć na św. Wojciecha, który jest głównym patronem naszej ojczyzny a także patronem naszego seminarium.

Urodził się około roku 956 w czeskich Libicach w zamożnej rodzinie Sławnikowiców. Był to czas kiedy Polska przyjmowała chrzest. Rodzice Wojciecha pragnęli, aby ten został rycerzem, niestety choroba pokrzyżowała im plany. Kiedy malec ciężko zachorował, rodzice złożyli go na ołtarzu i ofiarowali Bogu, gdy zaś dziecko wyzdrowiało, wypadało by przeznaczyć go do stanu duchownego. Posłali zatem swojego syna do szkoły w Magdeburgu, żeby przygotować go do podjęcia życia osoby duchownej. Po szkole Magdeburskiej, Wojciech powrócił do Pragi, nie kwapił się jednak z wyborem stanu duchownego, włączył się w nurt życia ówczesnego miasta, jak mówią historycy bardziej pogańskiej wtedy niż chrześcijańskiej Pragi. Jednakże Pan Bóg miał wobec Wojciecha swoje plany, upomniał się o niego - gdy umierał biskup Pragi Dytmar, który umierał w leku, miał bowiem świadomość niespełnionego, pustego życia. I właśnie to przeraziło Wojciecha zmieniając go zarazem. Wkrótce został wybrany na następcę biskupa Dytmara, miał wtedy 26 lat. Życie w diecezji było w opłakanym stanie, szerzyło się bezbożnictwo, cudzołóstwa, handel jeńcami, bezkarne zabójstwa. Młody biskup chciał natychmiast wszystko zmienić. Chciał jednym cudownym słowem wyplenić zwyczaje, które wzrastały w ludziach przez setki lat. Zaczął stawiać radykalne wymagania, upominał, nauczał, karcił, ale przy tym sam podjął bardzo umartwiony, ubogi styl życia. Podobno spał na podłodze, rozdawał majątek, modlił się po nocach, ale mimo to nie znalazł zrozumienia u kleru i ludu. Pod pretekstem podróży do Rzymu, w przekonaniu, że przegrał swoje biskupstwo, opuścił diecezję. W Rzymie przybrał habit benedyktyński. W klasztorze zapomniał o swoim pochodzeniu i o biskupstwie. Sprzątał w kuchni, nosił wodę, zmywał miski po posiłkach, szorował korytarze. Podobno to były trzy najpiękniejsze lata w jego życiu. O nieobecnego na stolicy biskupiej w Pradze Wojciecha upomniał się metropolita Moguncji. Wojciech musiał powrócić do kraju, by kierować diecezją jeszcze trzy lata. Popadł w nowe konflikty. Wielkim echem odbiła się sprawa o prawo kościelnego azylu dla cudzołożnej kobiety, którą biskup próbował uchronić przed zabójstwem. Nie udało się, kobietę ścięto na oczach biskupa, a jego samego obezwładniono. Następnego dnia biskupowi nie pozostało nic innego jak tylko rzucić klątwę na przestępców. W mieście znowu zawrzało. W takiej sytuacji Wojciech po raz drugi usunął się ze stolicy biskupiej i ponownie obrał kierunek Rzymu. Metropolita jednak na rzymskim soborze wytoczył mu proces z powodu ponownego samowolnego opuszczenia diecezji. Postawiono ultimatum - albo powróci do diecezji, albo zostanie obłożony klątwą. Papież na prywatnej audiencji złagodził ten wyrok i powiedział, że jeśli Praga nie zechce przyjąć Wojciecha może on udać się na misje. Kiedy Czesi faktycznie odmówili przyjęcia swojego biskupa, ten udał się na pracę misyjną wśród Prusów. Zatrzymał się najpierw na dworze Bolesława Chrobrego, z którym się zaprzyjaźnił i który chciał go przy sobie zatrzymać. Wojciech odmówił, czuł bowiem wewnętrzną determinację, by iść i głosić Ewangelię, i właśnie w tej pracy po krótkim czasie poległ, było to 23 kwietnia 997 roku. Tak skończyła się ziemska, doczesna historia Wojciecha. Z punktu widzenia ludzkiego może nieudana, ale szybko zaczęła się nowa historia. Bóg chciał, aby pojawiły się owoce, jakich nikt się nie spodziewał po pozornie nieudanym życiu. Bolesław Chrobry wykupił szybko ciało Wojciecha z rąk Prusów. Zapłacił wielką cenę, dał tyle złota ile ważyły jego zwłoki, zaś ciało świętego złożył na wzgórzu Lecha. Dwa lata po śmierci Wojciech został kanonizowany. To stało się podstawą do utworzenia w 1000 roku, w czasie tzw. pierwszego zjazdu gnieźnieńskiego, archidiecezji gnieźnieńskiej i metropolii w Gnieźnie. Pierwszym wielkim propagatorem kultu św. Wojciecha był sam cesarz Otton III. Polacy od początku uznali św. Wojciecha za swojego patrona.

W życiu św. Wojciech wypełniły się słowa Jezusa o ziarnie pszenicznym, które obumarło, aby przyniosło plon obfity. Jako powołani w naszych czasach przez Pana idziemy na trudną służbę. Może nie będzie w tej służbie tak wielkich przeciwności, na jakie natrafił św. Wojciech, ale na pewno trudności się pojawią. Trzeba być przeświadczonym, że się idzie na trudną służbę, a więc może być podobnie jak w przypadku świętego Wojciecha. Na wzór naszego świętego patrona chcemy jednak być zawsze otwarci na działanie Ducha Świętego, aby być świadkami Chrystusa i w Niego nie tylko wierzyć ale i dla Niego cierpieć. Idziemy do kapłaństwa nie dla znalezienia wygód, nie dla szukania zaszczytów, honorów, awansów, ale do składania świadectwa o Chrystusie i Jego Ewangelii.

To świadectwo powinno być widoczne w seminarium. Mamy dzisiaj wspaniałych kapłanów pasterzy, którzy takie świadectwo składają. Pomijając już wielkich pasterzy naszego Kościoła, znakomitych papieży, mamy także i w naszej diecezji pasterzy których trzeba podziwiać, i którzy na co dzień niekiedy w przeciwnościach składają świadectwo Chrystusowi i swoją gorliwością budują Kościół Boży."

Biskup Ignacy Dec
23.04.2008